Dwadzieścia siedem

– Miłość jest przereklamowana – pomyślała przełykając ślinę przez boleśnie ściągnięte gardło i próbując powstrzymać łzy.

Stała w samochodzie na parkingu pomiędzy blokami, dygocąc z zimna. Rzucony na siedzenie obok telefon wibrował wściekle ale go ignorowała. Zmęczony mózg pracował bardzo wolno, jakby otulony watą. Próbowała sobie przypomnieć, co mu powiedziała kilka dni temu. „Jeśli uda mi się szybko wyrobić ze sprzątaniem moglibyśmy się spotkać…” Chyba tak to brzmiało. Oczywiście wtedy wydawało się to świetnym pomysłem. Idealne zakończenie udanego, miała nadzieję, weekendu. Ale teraz…

Była na nogach dwadzieścia cztery godziny, dosłownie, po których przespała jedynie cztery godziny z przerwami. Dopilnowała dużej imprezy, i choć wszystko udało się rewelacyjnie czuła się skonana.

– Bardzo będzie Ci przykro jeśli pojadę prosto do domu? – zapytała go przez telefon. – Czuję się taka zmęczona…
Wiedziała, co oznacza cisza, która zapadła po tym pytaniu.
– Nie… – odpowiedział z wahaniem.
– Na pewno?
– Boli mnie to ale sobie poradzę. Tylko spójrz na te wszystkie piękne słowa o miłości i tęsknocie, które piszesz…
– Dobrze! – przerwała. – Przyjadę!

Rozłączyła się i rzuciła telefon na siedzenie. Zacisnęła palce na kierownicy, desperacko próbowała nie płakać. Nie umiałaby wytłumaczyć rodzinie, dlaczego opowiada o sukcesie wyglądając, jak po porażce. W tej chwili marzyła tylko o tym, żeby przestać istnieć, przestać czuć, zamknąć oczy i zniknąć.

Bolało ją wszystko na raz. Ciało błagało o sen, serce o jego ramiona a mózg… Mózg nie potrafił sobie z tym wszystkim poradzić. Nie potrafiła zrozumieć jak on może z jednej strony mówić jak bardzo chce o nią dbać a z drugiej kompletnie nie rozumieć jej samopoczucia. A może to ona była egoistką? Może powinna zaciskać zęby, zakładać maskę bezbrzeżnego szczęścia i starać się uszczęśliwiać jego nawet kosztem siebie? Pogubiła się w tym kompletnie.

– Miłość jest przereklamowana. – powtórzyła jak mantrę odpalając silnik. – Nie nadaję się do tego.

Samochód ruszył niechętnie, ślizgając się na oblodzonym parkingu. Telefon wciąż wibrował.

Dwadzieścia sześć

Oczy piekły ją niemiłosiernie. Pod powiekami drażniły ziarenka piasku sprawiając, że miała ochotę się popłakać, choćby po to, żeby je nieco nawilżyć. Zamknęła je na chwilę. Westchnęła cicho i ruszyła do wyjścia. Dochodziła czwarta nad ranem co oznaczało, że nie spała od dwudziestu jeden godzin. Przez otwarte drzwi wpadło zimne powietrze. Otuliła się niezdarnie cienkim swetrem ale już po kilku krokach zaczęła dygotać. Zganiła się w myślach, że nie wzięła nic cieplejszego. Był sierpień, powinno być gorąco, a jednak nad ranem temperatura zupełnie nie trafiała w jej gust.

Powłócząc nogami przeszła na tył budynku, poprawiając co chwilę ciężką torbę. Skóra paliła ją od gargantuicznych ilości cukru, które spożyła w ciągu dnia żeby przetrwać. Wsunęła się do zaparkowanego samochodu.

– Hej – mruknęła niemalże pod nosem.

Oderwał się od ekranu telefonu.

– Zmęczona? – spytał całując ją przelotnie w usta. Wrzucił bieg i zaczął cofać samochód.

Zmęła w ustach złośliwą ripostę. Trudno żeby nie była zmęczona po tylu godzinach ciągłej aktywności.

– Spałeś?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bałem się, że się nie obudzę jak będziesz dzwoniła.

– Mogłam pojechać taksówką.

– I tak bym nie spał. Nie mogę spać kiedy Ty nie śpisz.

– To głupie. – mruknęła i odwróciła głowę.

Wgapiła się, nieco bezmyślnie, w mijane fasady kamienic. Miasto nigdy nie jest ciemne. Małe miasteczka może bywają ale duże nigdy. Dziesiątki, setki świateł wyrywają z objęć nocy jasne fasady kamienic. Skupiła się na tych pasmach światła. Pasmach koloru. Dla niej to były już tylko niewyraźne smugi. Jedyne o czym marzyła to położyć się i zasnąć. Świadomość, że za niespełna cztery godziny będzie musiała wstać i kolejny raz powtórzyć ten maraton sprawiła, że instynktownie zadrżała. Mimo skupienia na drodze zauważył to drgnienie ciała bo natychmiast wyciągnął rękę i podkręcił ogrzewanie.

– Zimno Ci? – zapytał z troską w głosie.

– Trochę. Zaraz się rozgrzeję.

Koła zaterkotały na kocich łbach, więc znów oboje ucichli. Myślała o jego słowach. „Nie śpię, kiedy Ty nie śpisz…” Głupie. Wzruszające. Nieznane. Przez głowę przemknął jej obraz z przeszłości. Zwinięta na kanapie szlochała cicho a tamten mężczyzna spał spokojnie tuż za ścianą. Obojętny. Tak wiele razy już słyszała „kocham cię”, że ten zlepek słów przestał mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Wyznanie dla wyznania. Niepoparte czynami. „Nie śpię, kiedy Ty nie śpisz.” Czasem nie trzeba wcale mówić „kocham”. Wystarczy nie spać kiedy ukochana nie śpi.

Poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Zacisnęła powieki. Wystarczy, że on jest smutny niemalże od pierwszej chwili kiedy tutaj przyjechali. Nie potrzebny mu jeszcze jej smutek.

– No to jesteśmy. – zgasił silnik i spojrzał na nią.

Rozejrzała się nieco zdezorientowana. Nie zauważyła kiedy dojechali na parking pod hotelem. Zdobyła się na słaby uśmiech i podała mu usta do pocałunku. Pogładził ją czule po policzku.

– Chodźmy. – zarządził.

Wysiadła niechętnie. Zimny wiatr wdarł się pod sweter i po raz kolejny przeklęła samą siebie za zostawienie kurtki w hotelu. Szybko wpadli do środka. Chciała jak najszybciej znaleźć się w cieple.

W windzie przyciągnął ją do siebie, przytulił. Schowała twarz w zgięciu jego szyi. Znów poczuła, że zaczyna się rozklejać, gdy jego usta błądzące po płatku jej uch wyrwały ją z zamyślenia. Mruknęła cicho nie ruszając się.

– Wiem, że jesteś zmęczona… – zaczął – Ale…

– Hm? – mruknęła w jego włosy zaciągając się ich zapachem, który zawsze ją oszałamiał.

– Mogę liczyć na szybki numerek? – wyczuła uśmiech w jego głosie.

Odsunęła się nieco, spojrzała mu w oczy. Nie potrafiła już powstrzymać uśmiechu, który wywołały jego słowa.

– Problem z Tobą jest taki, że to nigdy nie jest szybki numerek. – powiedziała przekornie.

– Problem? – udał oburzonego. – Myślałem, że kobiety lubią jak jest długo.

– O czwartej rano to JEST problem. Zwłaszcza jak czekają cię tylko trzy godziny snu.

– No dobrze. – nachylił się i zaczął muskać ustami jej szyję. – Obiecuję, że będzie szybko. Najwyżej pół godzinki.

Poczuła ciepło ogarniające jej ciało. Najgorsze po tym całym zalewaniu się cukrem było to, że padała z nóg, ale nie chciało jej się spać.

– Pięć minut. – wyszeptała.

– Piętnaście. – usta przesunęły się na dekolt i musnęły wzgórki piersi.

– Niech ci będzie. – zgodziła się, poddając się całkowicie delikatnej pieszczocie.

Winda piknęła cicho. Drzwi się rozsunęły. Objęci ruszyli do pokoju. „Nie śpię kiedy ty nie śpisz.” Niby niewiele a tak bardzo dużo.

Dwadzieścia Pięć

Wieczór powoli przeradzał się już w noc a on siedział ciągle i przeglądał sterty pudeł.

– Co robisz? – spytała.

– Szukam dokumentów. Potrzebne mi będą na jutro.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba. Dam radę. – odpowiedział nadal skupiony na przeglądaniu stosu starych rachunków, umów i innych papierów.

– To Ci pomogę. – odparła z uśmiechem i przysiadła na podłodze obok. – Czego szukamy?

– Zaświadczeń z pracy. Jestem pewien że gdzieś tu powinny być. – w jego głosie czuć było złość i frustrację. – Brakuje mi dwóch jeszcze. Nie wiem gdzie się zapodziały. Mam nadzieję że nie zostały gdzieś z poprzednich przeprowadzek. – dodał zrezygnowany.

– Te pudła już sprawdzałeś? – spytała wskazując kilka wciśniętych głęboko w kąt.

– Nie. Zacząłem od tych z drugiej strony. Jestem pewien że niedawno je jeszcze widziałem.

– Spokojnie. – odparła i przesunęła dłonią po jego plecach. Od karku aż po bok. Wyczuła jak jest spięty. Usiadła na podłodze, otworzyła pudełko i zaczęła przeglądać jego zawartość.

Większość kartek była stara, miały co najmniej kilka lat. Kilka kopert, jakieś zaświadczenia i wyniki badań. Aż trafiła na teczkę starannie przewiązaną wstążką. Powoli rozsupłała ją i otworzyła. W środku były koperty. Co najmniej kilkanaście. Każda z jej adresem i przyklejonym znaczkiem. Zdziwiona wyjęła pierwszą i zorientowała się że nie była zaklejona. Wysunęła plik kartek ze środka i zaczęła czytać a jej oczy zaczęły się szklić od mimowolnie napływających łez. Starała się być cicho ale nagły szloch wyrwał się z jej piersi.

– Coś się stało? – spytał odwracając się do niej.

– Co… Co to jest? – powiedziała podstawiając mu kartkę listu pod nos.

Chwilę patrzył na słowa napisane równym i małym maczkiem, po czym odłożył kartkę na bok, uklęknął i położył jej dłonie na ramionach wpatrując się jej w oczy.

– To… To moje listy do Ciebie.

– Ale czemu ich nie wysłałeś?

– Bo nie mogłem. Nie chciałem. Pamiętasz ten ciężki okres w moim życiu? Gdy byłem kłębkiem nerwów i wszystko było nowe i… – głos mu się załamał – Kurde. Potrafiłem wtedy wybuchnąć. Potrafiłem z radości przejść do złości i smutku. Winiłem cały świat o wszystko, o te wszystkie emocje które mną targały, o te wszystkie smutki, złe myśli. I bałem się. Bałem się Ci o tym wszystkim mówić. Bałem się, że się odsuniesz, że nie będziesz chciała być ze mną. Więc zamiast od razu mówić zwlekałem i izolowałem się. Nie chciałem Cię ranić, nie chciałem zawieść Twoich nadziei. Ale było tylko gorzej. Było tylko straszniej. Raniłem Cię tym co mówiłem i wtedy, kiedy milczałem. Dlatego pisałem. Pierwsze listy spaliłem, bo gdy je potem przeczytałem to… – teraz i on już płakał – … to nie mógłbym Ci ich pokazać. Bałem się, że się ode mnie odsuwasz. I nie wiedziałem jak to naprawić…

Wstał i odszedł od szafy. Podszedł do kuchni, złapał chusteczki i wysmarkał nos. Po czym usiadł ciężko przy stole w kuchni i popatrzył na nią jak zbity pies.

– Bałem się. Chciałem jakoś przekazać to wszystko co czułem ale bałem się Ci to pokazać. Bałem się powiedzieć.

Podeszła do niego i usiadła naprzeciw. Podał jej chusteczki i oboje jak na komendę ich użyli.

– Więc co się zmieniło?

– Nie mogłem Cię stracić. Więc wziąłem się w garść.

Droga

Las szumiał zielenią i pachniał dębami

Gdy na jego brzegu cicho przysiadłem

Spojrzałem na drogę którą szliśmy sami

I zapłakałem bo tyle razy upadłem

Popatrzyłaś na mnie swych oczu błękitem

I klęcząc u mych stóp otarłaś mi rany

A ja płacząc tonąłem w Tobie z zachwytem

W cichy głos Twój kojący zasłuchany

„Daj rękę” słowa z ust Twych popłynęły

Złotą nicią z jedwabiu delikatnie utkaną

I opadły na trawę pośród kwiatów bieli

Rozkwitając nadzieją nam daną

Podałem Ci dłonie ufny i spokojny

Wciąż wpatrzony w Twe piękne oblicze

I poszliśmy objęci w zapach upojny

Tej radości że nasze jest życie

Wiem na pewno że tutaj sam srodze

Padłbym dawno tracąc swoją duszę

Kto mi Ciebie wtedy zesłał na tej drodze

Nie wiem wcale i wiedzieć nie muszę

Tyś boginią moją, opiekunką miłą

Chciałaś zostać nie prosząc nic w zamian

Podzieliłaś się ze mną miłością i siłą

Choć niewartym był nawet starania

W oczach Twych widzę bezgraniczną miłość

Twój uśmiech rozgrzewa myśli moje

W głosie Twym widzę piękno i uczciwość

Skarb mi dałaś, czyste serce swoje

Las się kończy i dalej widzimy już drogę

Lecz nie krętą lecz prostą jak strzała

Ja wypuścić Ciebie z serca już nie mogę

Bo by dziura w piersi mi została

Jeśli iść przez życie mam to tylko z Tobą

Jeśli padać, u Twego chcę boku

Potrzebuję Ciebie wiem to całym sobą

Już nie wyjdę z Twojego uroku

Tak jak Ty bogini o ognistych włosach

Dajesz w darze uczucie prawdziwe

Tak ja w naszych już splątanych losach

Daję w darze Ci serce me żywe

Dwadzieścia cztery

Zerknął nerwowo na zegarek. Dzień nie zapowiadał się dobrze. W nocy obudził go telefon służbowy. Oczywiście opieprzył dzwoniącego ale sen nie był już taki jak powinien. Do tego rano zaspał. Wszystko szybko. Nerwowo. Dopiero kiedy wyszedł z psem na spacer, w wilgotne, mgliste powietrze, trochę stresu opadło z niego. Mimo to co chwilę sprawdzał godzinę, pewny już, że nie zdąży zjeść śniadania i,  zapewne, spóźni się do pracy.

„Cudownie.” – mruknął. – „Wracamy.” – zawołał do psa.

Sunia, niezbyt zadowolona, niechętnie skierowała się w stronę domu, przystając co krok, jakby chciała przeciągnąć spacer jak najdłużej. Poganiał ją, mocno poirytowany.

„Robisz to specjalnie. Rusz się kundlu.” – przytrzymał drzwi wejściowe przed psem.

Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że czuje zapach smażonego boczku. Odwiesił kurtkę i zajrzał do kuchni. Sunia już wcinała śniadanie, machając intensywnie ogonem, a jego ukochana krzątała się przy kuchni. Na stole stał talerz, chleb w koszyku i masło. Obok kubek z herbatą.

„Dlaczego nie śpisz?” – zapytał wchodząc do kuchni.

Odwróciła się trzymając patelnię.

„Pomyślałam, że będziesz miał zły humor i, w dodatku, nie zjesz śniadania, więc postanowiłam ci je zrobić. Siadaj.”

Usiadł bez słowa. Patrzył w milczeniu jak nakłada na talerz jajecznicę. Niedbale związane włosy, luźna nocna koszulka, puchaty szlafrok i ten delikatny, nieco nieobecny uśmiech sprawiały, że wzrastała w nim nieopisana czułość.

„Smacznego.” – życzyła i odwróciła się żeby odstawić patelnię. Wzięła z blatu kubek z herbatą i wróciła do stołu.

„Kochany…” – spojrzała na jego załzawione oczy. Odstawiła kubek i podeszła do niego. – „Co się stało?” – wyciągnęła ręce, objął ją w pasie i przytulił się do niej, chowając twarz.
Głaskała go chwilę po włosach.

„No…” – delikatnie odsunęła jego głowę od siebie. – „Jedz bo ci wystygnie.” – otarła palcami łzy z jego policzka.

„Przepraszam.” – odezwał się wreszcie. – „Tak mnie to rozczuliło, że wstałaś specjalnie żeby mi zrobić śniadanie. Jest strasznie wcześnie.” – wziął się za jedzenie.

„Zwyczajnie czułam, że tego potrzebujesz.” – uśmiechnęła się. – „Nie dostałam buziaka jak wychodziłeś z sypialni, więc pomyślałam, że jesteś zły. A nic tak nie poprawia humoru jak ciepłe śniadanie podstawione pod nos.”

W jego oczach znów pojawiły się łzy.

„Nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłem ale jesteś najwspanialszym darem od losu jaki mogłem dostać.”

„No już mi się tu nie rozklejaj. Wcinaj i uciekaj do pracy bo będziesz później jechał jak wariat. I nie zapomnij tego.” – przesunęła po blacie spore plastikowe pudełko.

„Co to?”

„Drugie śniadanie.”

Dokończył jedzenie. Wstał. Obszedł stół i chwycił ją w ramiona. Roześmiała się radośnie. Postawił ją na podłodze ale nie wypuścił z objęć.

„Kocham Cię jak wariat, wiesz? I nie wyobrażam sobie już życia bez Ciebie.”

„Nie musisz sobie wyobrażać. Zawsze będziemy razem. A teraz jedź bo się spóźnisz.”

„Jadę. Jeszcze tylko jedna rzecz…” – pochylił się i pocałował ją. Długo, delikatnie a jednocześnie namiętnie.

Stała przy oknie jeszcze długo po tym jak jego samochód zniknął jej z oczu. Patrzyła na wstający dzień i pomyślała, że będzie szary i ponury. Szybko sprzątnęła po śniadaniu, i myśląc „jeszcze tylko pięć minut” wróciła do łóżka. Zegar właśnie wybił siódmą.

Poezją w smutek.

Nigdy nie przepadałam za poezją. Może dlatego, że tłuczono ją w szkole ciągle każąc nam zgadywać, co autor miał na myśli. Ale czasem zdarza się wiersz, który przemawia do mnie tak mocno, że czytam go wielokrotnie, przeżywam, zapisuję, żeby się nie zgubił. Czasem są takie noce, kiedy tylko tak mogę wyrazić emocje. Dziś jest taka noc. Dziś znalazłam wiersz. Przypadek. Ale kiedy leżałam w ciemności, myśląc jak przelać swoje myśli na papier, jak przekuć je w słowa, trafiłam na tą modlitwę.

Dzielę się nią z Wami. Może ktoś z Was potrzebuje ukojenia i znajdzie je w tych kilku słowach…

Antoneta-Anna Bednarek
„Ukołysz mnie, Panie”

Gdy strach mnie dopada
boję się nawet spać,
ukołysz mnie Panie
bym przestała się bać.

W Twoich ramionach
bezpiecznie  się czuję,
ukołysz mnie Panie
bo od strachu wariuję.

Ucisz moje serce,
odegnaj złe moce,
ukołysz mnie Panie
ja cała dygocę.

Czemu tak się boję
dlaczego  serce drży?
Ukołysz mnie Panie
osusz moje łzy.

Niechaj natychmiast
spokój zapanuje,
ukołysz mnie Panie
ja tego potrzebuję.

Dwadzieścia trzy

Odgiął się na oparciu fotela. Zamknął oczy i przetarł je dłońmi. Oparł głowę na zagłówku. Czuł się zmęczony po kilku godzinach siedzenia przed komputerem. Wsłuchał się w odgłosy wokoło. Okno było uchylone i z zewnątrz napływało chłodne powietrze, co jakiś czas, nieznacznie, poruszając półprzezroczystą firanką. Na zewnątrz panowała wieczorna cisza. Ptaki już ucichły zaś nocne zwierzęta jeszcze się nie uaktywniły. Z głębi domu dochodził cichy szmer telewizora. Siedział przez chwilę z zamkniętymi oczami. Westchnął głęboko. Spojrzał na ekran. Wygasił go i podniósł się. Dźwięki dochodziły z sypialni, więc skierował się na górę.

Drzwi były szeroko otwarte. Od razu dostrzegł jej sylwetkę. Leżała w nogach łóżka, w poprzek. Głowę oparła na ręce. Rozpuszczone włosy opadały na nagie ramię. Sunia, rozciągnięta na całą długość, spała przytulona do brzucha swojej pani. Chyba coś jej się śniło, bo zaczęła cichutko powarkiwać i ruszać łapkami.

„Ciiii… Spokojnie.” – usłyszał cichy głos ukochanej.

Delikatnie zaczęła gładzić sierść psa aż znieruchomiał, westchnął i znów zasnął spokojnie. Telewizor zadźwięczał reklamami. Sięgnęła po pilota i wyciszyła go.

„Co oglądasz?” – spytał wchodząc do sypialni.

Odwróciła głowę, żeby na niego spojrzeć, co wymusiło na niej zmianę pozycji na leżącą. Duży, okrągły dekolt jej topu pięknie eksponował kształtne piersi. Tak bardzo zachwycił się tym widokiem, że w pierwszej chwili nie usłyszał odpowiedzi.

„Co?” – zapytał nieco zdezorientowany.

„Zabójcze umysły.” – powtórzyła. – „Skończyłeś pracę?”

Usiadł koło niej na łóżku. Pogłaskał ją po policzku. Sunia uniosła głowę, zerknęła na niego, merdnęła niedbale ogonem i wróciła do spania.

„Nie. Jeszcze nie. Ale już nie mam siły. Za dużo tego na jeden dzień.”

„To obejrzyj ze mną do końca a później porobimy coś razem.”

„Dobrze.”

Zrzucił kapcie i ułożył się obok niej. Podparł głowę na ręce i przyjrzał się leżącej obok kobiecie. Miała na sobie krótkie spodenki, więc pogładził nagą skórę jej nóg, przesuwając dłoń na biodro i brzuch. Spojrzał w jej błękitne oczy, które stanowiły ciekawy kontrast do rozrzuconych wkoło głowy, ciemnorudych włosów.

„Jesteś taka piękna…”

Uśmiechnęła się. Dotknęła jego policzka.

„Nie, nie jestem.” – zaprzeczyła jak zwykle.

„Jesteś.” – pochylił się i pocałował ją delikatnie.

Przysunęła się bliżej i wtuliła w niego. Głaskał jej policzek, szyję, ramię.

„Film.” – powiedział nagle.

„Hm?” – wymruczała pytająco.

„Reklamy się skończyły Kochanie.”

„Fakt.”

Podgłosiła telewizor i odwróciła się do niego tyłem, przyjmując znów pozycję do oglądania. Przytulił się do jej pleców obejmując ją w pasie. Nie zwracał uwagi na serial. Wtulił twarz w jej włosy rozkoszując się zapachem i tym niezwykłym ciepłem jakie zawsze dawało mu jej ciało. Ciepłem nie tylko fizycznym, zewnętrznym, ale także tym w środku, które odczuwał zawsze kiedy na nią patrzył i zdawał sobie sprawę, że ta cudowna kobieta jest tylko jego.

Nie miał pojęcia czego dotyczył odcinek serialu. Do końca jego trwania skupiał się tylko na czerpaniu przyjemności z bliskości z ukochaną.